//
czytasz właśnie...

Gorzów Wielkopolski

Marek Pogorzelec: Szpital polityczny w Gorzowie – historia prawdziwa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Na wstępie pragnę poinformować, że nie jestem w żaden sposób związany ze służbą zdrowia (rodzinnie, towarzysko, czy zawodowo). Jestem natomiast, jak każdy inny gorzowianin, potencjalnym pacjentem szpitala znajdującego się w naszym mieście. Należę do nielicznych osób w Regionie Gorzowskim, które podpisały się pod petycją popierającą powstanie Województwa Lubuskiego (zebrano tu zaledwie tysiąc podpisów). Miało to być małżeństwo z rozsądku. Od lat czuję się częścią społeczeństwa obywatelskiego, aktywnie angażuje się w wiele problemów lokalnych, znam więc ich istotę. Chciałbym zwrócić uwagę na wiele zagadnień patologicznie upraszczanych przez media i polityków wypowiadających się na temat gorzowskiego szpitala. Analizując obecną sytuację finansową będziemy musieli cofnąć się o kilkanaście lat wstecz. Dług gorzowskiego szpitala nie powstał znikąd, nie powstał też 2 czy 4 lata temu.

W bilansie otwarcia Województwa Lubuskiego utworzonego na bazie porozumienia polityków byłych województw gorzowskiego i zielonogórskiego mieliśmy 4 szpitale w Gorzowie i jeden w Zielonej Górze. Dlaczego aż 4 w Gorzowie i tylko jeden w Zielonej Górze? 22 km od Zielonej Góry znajduje się Nowa Sól, a szpital zlokalizowany w tym mieście w niektórych specjalnościach skutecznie konkuruje z Zieloną Górą. Kolejny szpital znajduje się w Sulechowie (20 km od Zielonej Góry). Gorzów w tym czasie miał około 8 tys. mieszkańców więcej niż Zielona Góra i w promieniu 30 km tylko jeden niewielki szpital w Skwierzynie. Odległości pozostałych większych miasta Regionu Gorzowskiego: Kostrzyn 45km, Dębno 42km, Myślibórz 41km (brak szpitala), Barlinek 32km, Choszczno 61km, Strzelce Krajeńskie 26km (brak szpitala), Drezdenko 51km, Międzyrzecz 47km,  Sulęcin 41km, Słubice 82km). Trudniejsze przypadki z całego naszego regionu trafiały do szpitala wojewódzkiego przy Dekerta, który w zajmował wysokie miejsca w rankingu szpitali w Polsce (w pamięci utkwiła mi 64 pozycja w kraju i brak szpitala zielonogórskiego w pierwszej setce). Przyłączenie małego szpitala dziecięcego z ulicy Walczaka do Szpitala Wojewódzkiego Nr 2 znajdującego się przy ulicy Warszawskiej odbyło się bez większego bólu. W Gorzowie funkcjonowały więc 3 szpitale, Szpital Specjalistyczny przy Walczaka (z wydziałem psychiatrycznym obsługującym dawne województwo szczecińskie) i dwa konkurujące ze sobą o pacjenta szpitale wielo oddziałowe (Dekerta, Warszawska). Pacjent był z wyboru zadowolony, wydawało się, że konkurencja jest duchu zachodzących wtedy reform, pieniądz miał iść za pacjentem. Błędem popełnionym wtedy, a widocznym dopiero z perspektywy czasu było przekształcenie przez ostatniego Wojewodę Gorzowskiego Jerzego Ostroucha szpitala miejskiego (ul. Warszawska) w szpital wojewódzki. O jego konsekwencjach napiszę później.

Dziś na witrynie internetowej szpitalwgorzowie.pl czytamy: Skąd wziął się ten dług? Z połączenia biedy trzech szpitali w 2002 roku. A miało być lepiej. Tymczasem po trzech latach zadłużenie zbliżyło się do kwoty 300 mln zł i przekroczyło cały budżet województwa. Lecznicy nie pomógł 87 mln zastrzyk finansowy, który zaaplikowano jej w 2006 roku. Najwyższa Izba Kontroli całą winą obarczyła ówczesnego marszałka i dyrektora szpitala.” Niby wszystko się zgadza, jednak uważam, że 300 mln złotówek ze środków publicznych wyrwanych społeczeństwu z PIT-u, VAT-u, z akcyzy na stacji paliw i w wielu innych miejscach, trzeba poświęcić więcej uwagi.

A było to tak. W tamtych czasach (1999-2002) wiele dyskusji z zielonogórzanami schodziło za sprawą naszych „przyjaciół” z południa na porównania, czego macie, a czego nie macie. Dyskusji było wiele, bo właśnie Gazeta Wyborcza uruchomiła na swoim portalu lokalne forum dyskusyjne, na którym spotkali się internauci zakochani w swoich miastach. Sądzę, że podobne dyskusje miały miejsce w sejmiku. No jak to, macie więcej szpitali niż my?

Zarządzane z Zielonej Góry kontraktowanie  usług medycznych było pierwszym uderzeniem w Gorzów. Nikt nie policzył panu Pierożkowi „zasług” w tym zakresie, choć jego następca (obecna pani senator Helena Hatka) w czasie debaty na temat szpitala jaka odbyła się w lutym 2013 w Bibliotece Wojewódzkiej w Gorzowie twierdziła, że to jej poprzednik odpowiedzialny jest za tak niski kontrakt gorzowskiego szpitala.

Za jej rządów kontrakt wzrósł, co miało potwierdzenie w materiał przygotowanych na podstawie doniesień prasowych przez Michała Obiegło, Prezesa Zachodniego Ośrodka Polityki Regionalnej. Wybiegliśmy jednak zbyt daleko. W Gorzowie są 3 szpitale w Zielonej Górze jeden, traktowany jako nasz, dla którego województwo znajduje specjalne środki na reformy w zatrudnieniu (odprawy pracownicze). Gorzów ponoć nie chciał reform i dlatego nie dostał pieniędzy. Dziś nie dowiemy się, kto
i ile czasu poświęcił na rozmowy pod numer zaczynające się od 068, a ile pod 095. Tylko nieliczni pamiętają, że taki temat istniał. Milion złoty wtedy mogły uratować 100 mln przez te wszystkie lata żerowania na długu publicznego szpitala w Gorzowie.

Wracając do Sejmiku. Przycięte przez Lubuską Regionalną Kasę Chorych finansowanie gorzowskich szpitali ładnie nazwane kontraktowaniem usług medycznych spowodowało wzrost ich zadłużenia. Zdominowany przez Zieloną Górę właściciel (Urząd Marszałkowski) zleca firmie konsultingowej opracowanie koncepcji reform. Na żaden z wariantów połączenia lub przejęcia jednego ze szpitali przez miasto Gorzów nie ma zgody społeczności lokalnej. W gniewie spowodowanym prawdopodobnie gorzowskim sprzeciwem rządzony przez SLD Sejmik decyduje się na wariant połączenia gorzowskich szpitali dalej idący od najbardziej radykalnej propozycji firmy konsultingowej. Ducha tych przemian oddaje artykuł prasowy „Mowa była krótka, Artur Łukasiewicz – Gazeta Wyborcza 19 lutego 2002. Gdzieś w tzw. międzyczasie odegrana zostaje komedia, której bohater i jedyny aktor opowiada, że źle poczuł się w Gorzowie i obsługa trzech karetek pogotowia pochodzących z konkurującymi ze sobą szpitali pobiła się o zesłabniętego pacjenta zielonogórzanina Kazimierza Pańtaka (patrz artykuł prasowy: „Jak hartował się szpital”, Artur Łukasiewicz – Gazeta Wyborcza 23 lutego 2002). Wiem, że pan Kazimierz lubi spotykać się w sądzie. Jest on jednak osobą publiczną, spektakl rozegrał się w miejscu publicznym, był on zrelacjonowany w prasie – zaryzykuję przypomnienie o tym wydarzeniu. Miało ono ogromnie negatywny wpływ na mój osobisty stosunek do województwa, o którego powstanie zabiegałem. Redaktor Gazety Wyborczej Aleksandra Pezda 15 grudnia 2001 informuje czytelników o oficjalnych opiniach ordynatorów na temat projektu zmian
w gorzowskim szpitalnictwie. 19 opinii, wszystkie negatywne, niektóre wręcz brawurowe. Padają epitety, że ten projekt to „sen pijanego idioty”. „Alokacja poszczególnych oddziałów bez likwidacji jednego ze szpitali traci sens ekonomiczny”. „Autor opracowania nie ma zielonego pojęcia, jakiego rodzaju pacjenci są leczeni na oddziale neurochirurgii”.

19 lutego 2002 roku marszałek zarządza głosowanie.Z sali uchodzi redany SLD z Gorzowa, Bogusław Andrzejczak. Złośliwi śmieją się, że uciekł do ubikacji. Drugi z gorzowskich radnych SLD zagłosuje zgodnie w wolą partii przeciw interesowi Gorzowa.  Po głosowaniu gorzowski poseł SLD Jakub Derech-Krzycki mówi Gazecie: „Najbardziej wzburzył mnie sposób załatwienia sprawy. W wykonaniu marszałka Bocheńskiego był obrzydliwy i skandaliczny. Zacytował np. jedno zdanie
z negatywnej opinii gorzowskiej Izby Lekarskiej. A ja mam całe skoroszyty ocen i opinii dlaczego lekarze się nie zgadzają. /…/ Po prostu środowisko służby zdrowia tutaj zlekceważono. Widziałem, w jaki sposób załatwiono bardzo ważną sprawę”.

Nie udało mi się ustalić ile kosztowało nas (społeczeństwo) zlecone przez Marszałka opracowanie, które nie okazało się przydatne Sejmikowi, bo jak pisałem Sejmik beztrosko połączył wszystkie szpitale w jeden. Jeśli mnie pamięć nie myli, to marszałek powołał na stanowisko dyrektora osobę z firmy konsultingowej przygotowującej opracowanie. Bazując na materiałach przygotowanych przez Michała Obiegło – Prezesa Stowarzyszenia Zachodni Ośrodek Polityki Regionalnej myślałem, że pan Adam Fras rozpoczął swoje dyrektorowanie z pułapu 50-70 mln zł. Otóż nie, połączony szpital miał tylko 28 mln długu. Parafrazując słowa wieszcza - Cóż żeś nam Adamie uczynił tym dyrektorowaniem swoim ? Nie potrafię tego na obecną chwilę ustalić dokładnie liczby milionów, na które przysłany przez Zieloną Górę dyrektor zadłużył nasz szpital. 160, 180, 200, 220 – nie wiem, lokalni dziennikarze okazali się niechętni dochodzeniu prawdy, mimo próśb. Zanim Gorzów pozbył się dyrektora Adama Frasa dług osiągnął skalę, która była wyrokiem śmierci dla szpitala. Dziennikarzom śledczym radziłbym dobrze się przyjrzeć relacjom Bocheński – Fras.
Czy w normalnych warunkach właściciel szpitala pozwoliłby na tak długotrwałe i nieudaczne zarządzanie instytucją decydującą o życiu kilkuset tysięcy obywateli? Warty uwagi jest też fakt, że mimo licznych doniesień prasowych ani dyrektorem, ani marszałkiem nie zainteresowała się Najwyższa Izba Kontroli, której oddział ma swoją siedzibę w Zielonej Górze. Kontrola szpitala przeprowadzona przez tą instytucję nastąpiła dopiero za dyrektorowania Wandy Szumnej, która podjęła skuteczną walkę z długiem szpitalnym. Mimo podejmowanych prób nie udało mi się znaleźć w Gorzowie dziennikarza, który by zrobił tabelkę
i policzył
realizującym wolę Zielonej Góry dyrektorom ile od siebie dołożyli do długu naszego szpitala wypracowanego przez Adama Frasa i w jakim czasie. Dlaczego nie policzyć partiom stawki dziennej, ile w długu szpitala kosztowało nas ich rządzenie. Dlaczego za przegraną przez dyrektora Marka Twardowskiego sprawę, którą założył mu ceniony specjalista doktor Piotr Gajewski ma płacić całe społeczeństwo? Wyobraźcie sobie jak wiele można zrobić za 70 tys. zł. Każdy kto coś budował wie, tylko ci co wydają lub rujnują nie mają pojęcia co to za kwota i o co ten szum.

Patrząc z perspektywy czasu realizacja „snu pijanego idioty” przyniosła następujące skutki:

  1. Radykalne pogorszenie sytuacji finansowej szpitalnictwa
  2. Pogorszenie jakości usług, spowodowane brakiem konkurencji między działającymi w Gorzowie szpitalami.
  3. Stopniowe ograniczenie dostępności usług, liczby łóżek, wydłużenie kolejek w przyszpitalnych poradniach, brak osobnego budynku dla chorób zakaźnych.

Zmiany firmowane przez zielonogórską (lubuską) SLD, wykonane na żywym organizmie Gorzowa wbrew całemu miejscowemu środowisku medycznemu, wbrew woli społeczności lokalnej, sprawiły, że załoga przestała się identyfikować ze szpitalem. Zapanowała opinia, że tego molocha przecież nikt nie odważy się zamknąć, bo 160 tys. mieszkańców Gorzowa i najbliższych okolic nie może zostać bez szpitala. Przysłany przez Zieloną Górę dyrektor miał w opozycji nie tylko związki zawodowe, ale również najwyższego szczebla personel (negatywne opinie wszystkich ordynatorów). Tylko wyjątkowy tępak mógł wierzyć
w powodzenie reform w takich okolicznościach.
Można w tym miejscu zadać sobie pytanie jak duża rzesza tępaków zamieszkiwała wtedy województwo lubuskie albo pójść dalej i zadać sobie pytanie, czy nie było w tej decyzji złej woli (działania na szkodę Gorzowa)? Właściciel szpitali (Urząd Marszałkowski) stracił możliwość skutecznego oddziaływania na funkcjonowanie szpitali. Gorzej zarządzany szpital, tracący pacjentów lub powiększający zadłużenie w konsekwencji nieporadności zarządzania mógł być zlikwidowany. Najlepsi specjaliści znaleźliby zatrudnienie w drugim szpitalu, który pozostałby na rynku. Upadający szpital można było sprywatyzować. Mając tego świadomość załoga podejmowałaby na różnych szczeblach decyzje sprzyjające gospodarności i wyrobieniu dobrej marki wśród pacjentów, od których zależałoby jego istnienie. Spółka – zdominowany przez SLD Sejmik Lubuski + Marszałek Andrzej Bocheński + dyrektor Adam Fras doprowadziła szpital do zadłużenia, z którego zgodnie z późniejszym raportem NIK może się podnieść tylko w przypadku pomocy państwa, bo samorząd wojewódzki prawdopodobnie nie będzie dysponował tak dużymi środkami.

Po Frasie czapkę kapitana okrętu z powyłamywanymi masztami przejął Leszek Wakulicz. Zdecydowanie przeliczył swoje możliwości, statek zaczął nabierać wody. Załoga chciała zarabiać po europejsku. W proteście przeciw niskim zarobkom lekarze składali wymówienia, w tym samym czasie na upadającym szpitalu żerował komornik (potem okazało się, że jego działania były nielegalne). W tym czasie doszło nie tylko do zagrożenia życia, ale również do utraty życia spowodowanej brakiem opieki szpitalnej. Jedną z ofiar była sąsiadka moich teściów. Źle się czuła, więc pojechała szukać pomocy w szpitalu. Okazało się, że kardiolodzy się pozwalniali. Osaczona i pozbawiona pomocy dostała zawału serca w szpitalnej windzie. Późniejsza pomoc specjalisty okazała się bezskuteczna mimo spektakularnej wypowiedzi cytowanej przez media (uczynił to bezpłatnie i bezinteresownie, nie będąc już pracownikiem szpitala). Sprawa ponoć trafiła do sądu, ale nie znam werdyktu. Być może nasz szpital musiał zapłacić odszkodowanie. Nasz szpital, czyli my. Nie Urząd Marszałkowski, który w tym kotle zamieszał i nie dyrektor – tylko my społeczeństwo – płatnicy składek / pacjenci  sponiewierani trudnym dostępem do świadczeń.

W polityce zaszły zmiany, nastał PIS. Wicemarszałkiem została Elżbieta Płonka z Gorzowa. Zarządzanie szpitala, który przez jakiś czas przestał przyjmować pacjentów powierzono Wandzie Szumnej wcześniej pracującej w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Gorzowie. W reanimacji szpitala brali udział  prawnicy i ekonomiści tej uczelni. Sejmik zdecydował się wesprzeć szpital pożyczką. Kontakty nowej pani dyrektor z załogą szpitala były trudne, ale bez wątpienia szpital wrócił między żywych. Kupiono karetki pogotowia, rozmawiano o nowym lądowisku dla helikoptera ratownictwa medycznego. Pani dyrektor upubliczniła temat azbestu w budynkach przy Dekerta, rozmawiano o tym co z tym zrobić, czyli struś wyciągnął głowę z piasku. Dziś ten temat nie istnieje, bo Unia przedłużyła termin obowiązkowego wyeliminowania azbestu, a politycy zajmujący się szpitalem tak długiej kariery politycznej nie przewidują.

Współrządząca Samoobrona i Liga Polskich Rodzin dała się we znaki PIS-owi, przewrót nastąpił również w lubuskim Sejmiku. Szpitalem politycznym w Gorzowie zajął się NIK, mimo, że wcześniejsze sukcesy w zadłużaniu placówki przez SLD-dowskich dyrektorów go nie zainteresowały. „Znajdź mi człowieka, a znajdę na niego paragraf”, no więc Wanda Szumna tłumaczy się do dziś, a tych, którzy  zadłużali szpital nikt nie niepokoi. Być może anarchiści mają rację. Ten absurd świadczy, że instytucja państwa jest chora, jest wypaczeniem ogólnie funkcjonującego pojęcia sprawiedliwości. Z takim państwem należy walczyć.

Moja bardzo zła opinia o organach państwowych, które utrzymujemy swoją czasem zbyt obciążająca organizm pracą, oparta jest również na braku ich zainteresowania tym co stało się z budynkami przy ulicy Warszawskiej. Spora część oddziałów bardzo krótko przed ich opuszczeniem przez szpital poddana została gruntownym remontom (przebudowie). Sale chorych zostały wyposażone w punkty sanitarne, czyli ich standard był wyższy od sali, w których obecnie przebywają pacjenci przy Dekerta. Marszałek chciał je spieniężyć, bo kasa potrzebna jest na samoloty albo na most w Milsku, Gorzów jednak za rządów kolejnych lubuskich sejmików tak podupadł, że nie było kupca. W należących do stacjonującego w Zielonej Górze Marszałka budynkach położonych w centrum Gorzowa przez lata grasowały szczury, aż w końcu wyczuwając nieuchronność katastrofy budowlanej nieogrzewanych obiektów przekazano je miastu z przeznaczeniem na rozwój szkół średnich, bo szkoły wyższe to tylko w Zielonej Górze, inne to wróg, któremu należy podłożyć nogę lub uwalić projekt dotacji z powodu złej kolejności słów w zdaniu. Tak zupełnie przy okazji – opuszczenie kompleksu budynków z ulicy Warszawskiej przez szpital było ciosem w komunikację tramwajową w Gorzowie, szpital generował bowiem spore potoki pasażerskie na liniach 1 i 3.

Następca Wandy Szumnej, dr Andrzej Szmit uchodzi za człowieka o silnej osobowości. Niewiele o jego dyrektorowaniu mam ochotę napisać, faktem jest, że zadłużenie szpitala ponownie zaczęło rosnąć, a najbardziej dla mnie spektakularnym dokonaniem pana doktora było ustawienie gazonów uniemożliwiających i tak już pokaranych przez życie rodzinom pacjentów gorzowskiego szpitala parkowanie wzdłuż drogi, bo szpital chce zarabiać na każdej godzinie ich oczekiwania (parkowania). Miasto zanim zostało Przystanią, było przyjazne, tzn.  miało to w nazwie. Chciałbym, żeby te czasy wróciły i żeby Miasto Przyjazne wybudowało wokół szpitala miejsca do darmowego parkowania, tak  jak jest w innych miastach przyjaznych mieszkańcom.

Kiedy w Gazecie zobaczyłem zdjęcie trzech dobrze znanych twarzy z wąsko zaciśniętymi ustami pomyślałem sobie „- będzie się działo”. Elżbieta Polak (jedna z piękniejszych lubuszanek), Tomasz Możejko (ten od buszowania w państwowej Agencji) i Marek Twardowski, którego rozpoznałem jako medycznego związkowca, a zarazem wiceministra zdrowia, za którego wice ministrowania „uwalono” zamiar budowy bazy Lotniczego Pogotowia Ratunkowego w Gorzowie. Ze zdjęcia było widać, że cała ta trójka dużo ze sobą rozmawiała przed tym wyjściem do mediów. Pan Twardowski (były minister, były związkowiec) zrobi ze szpitala publicznego (z wojewódzkiego szpitala) szpital spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, a Warszawa da na to pieniądze. Nie była to wiadomość dobra, ale takich z Zielonej Góry w kierunku Gorzowa się nie wysyła, więc nie oglądając się na to jakie zło gotowane jest w tym kotle wróciłem do pszczółek i roślinek.

Dyrektor Marek Twardowski rozpoczął swoją misję od wyrzucenia ze szpitala znanego i cenionego w całej Polsce chirurga, wieloletniego Ordynatora Oddziału Dziecięcego – Piotra Gajewskiego. Zwolnił go dyscyplinarnie, ponoć zabraniając wstępu na teren szpitala. Wywołało to gniew nawet tak biernego społeczeństwa z jakim mamy do czynienia w Gorzowie. Na facebooku zawiązała się grupa „W obronie ostatniego szpitala w Gorzowie”, Mariusz Wójcik poszedł głodować pod szpital. Znając beznadziejność położenia Gorzowa w małżeństwie bez rozsądku za to z Zieloną Górą postanowiłem przedstawić Premierowi cały tej lubuski bajzel.

Nad przygotowaniem listu otwartego do Premiera pracowaliśmy ponad tydzień. Przedstawiając realia lubuskie, historię wojen i zdrad, przybliżając postacie, które rządzą tym województwem, chcieliśmy się dowiedzieć, czy Premierowi nie jest wstyd za Taką Polskę. Premierowi wstyd nie było, problem kolejowego III Świata odesłał Bartkowi – ministrowi swemu. To nic, że Bartek zdrowiem rządzi, lubuskie to dobry materiał dla psychiatrów – ile świństwa zwykły człowiek może wytrzymać. Poza tym urzędnicy Bartka mają gotowe odpowiedzi. List 3 strony, odpowiedź stron 5 (nawet nie chce mi się szukać ile naprawdę, wiem tylko, że 2 lub 3 zdania dotyczyły naszego listu, reszta to gotowiec, którym czytelnika należało znudzić i zniechęcić do wszelkiej aktywności).

A to nie było zwykłe wystąpienie. W dwie godziny tylko w dwóch punktach miasta zebraliśmy pod listem otwartym do Premiera ponad 300 podpisów. W liście była fachowa opinia o tym jak powinny wyglądać zmiany w szpitalu umożliwiające traktowanie po ludzku pacjenta, który ma pecha żyć z regionie, którym rządzi Zielona Góra, ta sama, która przegrała z Gorzowem na żużlu i nie ma tramwajów. Ma za to wpływ na liczbę zgonów w Gorzowie, takich niekoniecznych.

W dniu 19.02.2013 kiedy Sejmik podjął uchwałę o przekształceniu szpitala wojewódzkiego w Gorzowie w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością umieściłem w sieci petycję do Marszałka Sejmu wnioskującą o likwidację Województwa Lubuskiego.

(dostępna pod adresem: http://www.petycjeonline.com/petycja_w_sprawie_likwidacji_wojewodztwa_lubuskiego)

Jeden z aktywnych uczestników dyskusji na forum Gazety zauważył, że do powołania Województwa Lubuskiego wystarczyło 11tys. podpisów zebranych dzięki zaangażowaniu lokalnych polityków, prasy, radia i telewizji. Zlikwidować to, w opinii niektórych, niezgodne z Konstytucją województwo będzie znacznie trudniej, ale milczenie jest zgodą na niesprawiedliwość. Więc nie milczę.

Zarówno redagując petycję, jak i pisząc te kilka wersów historii prawdziwej, szpitala, który miał być nasz, a jest ich, użyłem  wielu mocnych sformułowań, takich, których politykom używać nie wypada. Na szczęście politykiem nie jestem. Jestem za to wnikliwym obserwatorem i potrafię przeprowadzić analizę przyczynowo skutkową. Z tej analizy wynika, że użycie ostrych sformułowań jest uzasadnione.

Patrząc na BO województwa i jego stan obecny aż strach pomyśleć, co zostanie z Gorzowa po kilkunastu kolejnych latach trwania Województwa Lubuskiego. Wszystko zależy od Was, czy się w końcu zbuntujecie, czy milczeniem dacie swoje przyzwolenie na degradację Gorzowa – Naszej Małej Ojczyzny. Nie lekceważmy historii. Korzystając z niej możemy przewidzieć to co zajdzie w przyszłości. Z lekcji pt „Województwo Zielonogórskie” wniosków nie wyciągnęliśmy, bo wydawało nam się, że to były inne czasy, niedemokratyczne. Demokracja jednak nie była przeszkodą w powtórce z niszczenia Gorzowa.

Na koniec odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby jeden ze szpitali nie trafił w zielonogórskie łapska, gdyby jego właścicielem był powiat grodzki? Skoro Słowianka nie bankrutuje, to i szpital by nie zbankrutował. Jeśli zarządzałby nim apolityczny menadżer, to komfort życia w mieście byłby dużo wyższy niż obecnie. Dlaczego? Marszałek nie mógłby sobie pozwolić na tyle arogancji, gorzowianie mieliby możliwość powiedzieć głośno, jak źle gospodaruje Zielona Góra. Konkurujące ze sobą szpitale podkradałyby sobie specjalistów, gazety prowadziłyby rankingi, który szpital ma lepszego kardiologa itp.

Kolejne wersy historii prawdziwej napisze życie, bez nas lub z naszym udziałem.

Zdrowia życzę, będzie potrzebne.

Marek Pogorzelec

Discussion

No comments yet.

Post a Comment