//
czytasz właśnie...

Okiem socjologa

Maciej Chocianowski: Brzydkie słowa

Okiem socjologa

Brzydkie słowa

Kiedy w moich zamierzchłych czasach studenckich mówiło się o zjawisku „politycznej poprawności” sądziłem, że to tylko taki sezonowy folklor. Zdawało mi się, że ta fala głupoty rychło przeminie niczym lato na Syberii. Tymczasem od momentu kiedy pożegnałem się z uczelnią minęło już blisko 13 lat, a „poprawność polityczna” nie tylko nadal istnieje, ale nawet ma się całkiem dobrze. Rozwija się. Stworzono już swoisty indeks słów oznaczających brzydotę, jak też słownik wyrazów chwalebnych. Lewica zawsze starała się zawładnąć językiem, bo to język tworzy w umysłach pewne schematy myślowe i stereotypy. Konsekwentne pranie mózgów poprzez potęgę słowa, od wielu już lat owocuje lęgiem kolejnych zastępów pożytecznych idiotów. Jakże Lewicy do pasożytowania na ludziach normalnych potrzebnych.

Ładne słowa to na przykład Europa, Europejczyk, po europejsku. W czwartej klasie szkoły podstawowej pani nauczycielka na lekcji geografii uczyła mnie, że Europejczykiem jest zarówno mieszkaniec Berlina, Paryża i Pragi, jak również Archangielska i Samary. Europa kończyła się na górach Ural. Poza kryterium geograficznym innego nie było. Teraz okazuje się, że ta pani była jakaś niedouczona. Wg nowych kryteriów naukowych na terenie onegdaj uważanym za Europę istnieją państwa, które w Europie „są”, oraz takie których w Europie „nie ma”. W Europie są te kraje, które wskaże prof. Władysław Bartoszewski. Pozostałe nie. Nawet wydawałoby się leżąca w centrum Europy Polska też tak naprawdę do niedawna w niej nie była. Ba! Nowinką geograficzną jest także to, że w obrębie jednego państwa mieszkają ludzie będący i nie będący Europejczykami. Mój sąsiad zza ściany jest Europejczykiem, bo głosuje na PO, ale ja już nie jestem w Europie gdyż głosuję na Nową Prawicę. Trudna dzisiaj ta geografia.

Zostawmy naszą nieszczęśliwą Europę. W przekazach medialnych mamy wiele innych cieplutkich słów. Oto jak reżimowe media kreują naszą rzeczywistość:

Feministka- kobieta walcząca o prawa kobiet bitych i zmuszanych do rodzenia dzieci przez straszliwych mężów (w rzeczywistości idiotka pragnąca kobiet harujących w kopalniach, pilnie potrzebująca nożyczek do wąsów).

Ekolog- człowiek ratujący matkę ziemię przed niszczycielską siłą przemysłową zbrodniczego kapitalizmu (w rzeczywistości ktoś kto przykuwa się do powalonego konara uniemożliwiając budowę autostrady).

Związkowiec- człowiek walczący o godne życie robotników i warstw upośledzonych społecznie (tak naprawdę koleś pilnujący swojej posady związkowej, bojący się konkurencji w pracy, jakiejkolwiek rywalizacji).

Gej- osoba o odmiennej orientacji seksualnej (naprawdę cham zmuszający innych ludzi do nazywania swego zboczonego związku z innym homosiem małżeństwem).

Lewak- człowiek wrażliwy społecznie (po prostu idiota).

Und so weiter… jak mawiają Niemcy. Słów chwalebnych jeszcze kilka znalazłoby się. Ale dla Lewicy zawsze ważniejsze było oszkalowanie i obrzydzenie przeciwnika. Dlatego słownictwo negatywne jest znacznie bogatsze. Zatem Lewica od wielu już lat walczy z: oszołomstwem, ciemnogrodem, ksenofobią, antysemityzmem, nacjonalizmem, faszyzmem, klerykalizmem, rasizmem, nietolerancją, homofobią. Oczywiście wszystkie te terminy zostały zredefiniowane i nie oznaczają już tego co znaczyły pierwotnie. Dajmy na to antysemitą nie jest już ten kto nie lubi Żydów, tylko ten kogo nie lubią Żydzi. Faszystów wyznacza i demaskuje żydowska gazeta dla Polaków, czyli „Gazeta Wyborcza”. Nacjonaliści to wywieszający biało- czerwone flagi z okazji 11 listopada, a ciemnogród to ci co dzielą się opłatkiem. I tak od rzemyczka do koniczka Lewica powolutku poszerza bazę słów wstydliwych. Pogardzać należy „dziecioróbstwem”, tradycyjnym modelem rodziny, a termin „głowa rodziny” to już jakieś czyste szaleństwo. Nie może być małżeństw. Muszą być „partnerzy”.

Szczególną uwagę należy zwrócić na nowe sformułowanie przynoszące powód do wstydu, a mianowicie „zwolennik teorii spiskowych”. Nasi okupanci przy pomocy usłużnych, reżimowych mediów nakazują nam myśleć, że spisków „nie ma”. Podobnie jak „nie ma” masonerii i Boga. Każdy kto wierzy, że gdzieś, ktoś z kimś, w jakiejś sprawie zawarł potajemne porozumienie ma zostać wyśmiany rechotem szyderczym. Przykład sformułowania „zwolennik teorii spiskowych”, dobitnie świadczy o tym, że ludziom wmówić można absolutnie wszystko. No bo kto to widział żeby ktoś spiskował! Ludzie! Co za ciemnota! Co za brednie! Nikt z nikim nigdy nie spiskował!! Nie ma w ogóle takiego słowa!

A przecież historia świata to historia spisków. Ja na ten przykład jestem „zwolennikiem teorii spiskowych”. Jak miałbym nie być skoro sam brałem udział w wielu spiskach, z różnym co prawda rezultatem. Tajne porozumienia to codzienność życia politycznego, gospodarczego, życia w ogóle. Tresura polegająca na wybijaniu nam z głów jakichkolwiek podejrzeń ma na celu nauczenie nas, że mamy bezgranicznie ufać w to, co dadzą nam do wierzenia w mediach, a jakiekolwiek wątpliwości są tylko przejawem trapiących naszą psychikę obsesji. Szczególnie jest to widoczne podczas dyskusji na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej. Obłąkanym obsesjonatem jest nie ten kto uważa tę tragedię za zamach. Do psychiatry wysyła się już tych, którzy tylko mają czelność dociekać co tak naprawdę się stało. Wypadek i koniec!

Czasem jednak odstępuje się od przyjętych reguł. Prezydent Komorowski najwyraźniej pozazdrościł św. p. Lechowi Kaczyńskiemu legendy zamachu i też postanowił mieć swój, pożal się boże, zamach. Okazało się, że straszliwy terrorysta i jego pomagierzy mieli zabić Prezydenta, Premiera i rozpirzyć w drabiazgi cały parlament. Kto ma oczy ten widzi, że to po prostu cyrk na kółkach, w dodatku zorganizowany nieudolnie.
Ale prześmiewcy „teorii spiskowych” nie wiedzieć czemu nagle spoważnieli i dali temu wiarę. Cóż, każdy ma swój zamach. Taka symetria.
Maciej Chocianowski

Discussion

No comments yet.

Post a Comment