//
czytasz właśnie...

Okiem socjologa

Maciej Chocianowski: Afera seksualna w gorzowskim magistracie

Okiem socjologa

                                               Afera seksualna w gorzowskim magistracie       

 Jurek Owsiak szczęśliwie zakończył doroczną żebraninę. W tym sezonie władze Zielonej Góry wygoniły mieszkańców do sanktuarium W69, czyli na stadion żużlowy. Impreza odbyła się, więc za miastem. Program przedstawiał się zaiste imponująco: koncerty, licytacje, kiełbasy z grilla. Poszedłem na przeszpiegi. Jako, że od lat starannie pielęgnuję tradycję nie dawania czegokolwiek na szczytne cele WOŚP, przykleiłem sobie do czoła znalezione w śniegu czerwone serduszko, zrobiłem nadętą minę dobroczyńcy i ruszyłem w drogę. Naklejone serducho stanowiło wyśmienity talizman, doskonale odstraszający dzieci z puszkami sądzące, że już coś dałem. Manewr ten powtarzam co roku. Serduszka marnie przyklejają się do niektórych materiałów, więc znalezienie takiego talizmanu, zgubionego przez rzeczywistego darczyńcę nie stanowi większego problemu.

Zauważyłem zresztą, że Finał WOŚP to swoista parada próżności. Ludzie ofiarowują 1 zł, a w porywach nawet 5, natomiast zachowują się jakby uratowali Afrykę przed głodem. Przez okrągły rok skaczą sobie do oczu, podkładają świnie w pracy, z pogardą i zatkanym nosem mijają na ulicy bezdomnych, a w tym dniu czują się ważni i dowartościowani. Niektórym wydaje się, że w promocyjnej cenie 1 zł kupują sobie tytuł zbawcy świata, że uczestniczą w czymś niezwykle ważnym i szlachetnym. Jest to mocno obłudne. Ekstremiści przyklejają sobie nawet po kilkanaście serduszek do toreb, do klaty, do czoła i gdzie się tylko da. Cóż, psychologowie twierdzą, że im słabsza osobowość tym większe przywiązanie do symboli, czyli znaków.

Więc poszedłem. Zimno było jak cholera i daleko też. Przybyłem w czasie, w którym wg rozkładu jazdy miał się odbywać koncert dzieci niepełnosprawnych. Zamiast tego leciała z głośników jakaś smętna nuta, a po scenie kręcili się faceci z kablami. Poza tym kilku zziębniętych sprzedawców szaszłyków, kilku znudzonych wolontariuszy, paru policjantów i garstka zdezorientowanych serduszkowców. Na parkingu obok również miały odbywać się liczne atrakcje. Jednak napotkałem tam tylko kilku żołnierzy pilnujących armat i młodych ludzi w strojach do rugby. W sumie nic ciekawego. Pokręciłem się nieco, wlazłem na trybunę bezcennego Falubazu, a potem poszedłem do domu. Sądzę, że impreza rozkręciła się zapewne pod wieczór, ale po przebytym dopiero co zapaleniu płuc nie miałem sił na tym mrozie czekać.

W drodze powrotnej, pomimo wyraźnego sygnału ostrzegawczego przyklejonego do czoła poczęły napastować mnie „anioły dobroczynności”. Skłamałem im uprzejmie, że „już dałem”, a ponadto poinformowałem je, że daję głównie na Caritas. „Anioły” podziękowały, oddaliły się na bezpieczną odległość, po czym jeden z „aniołów” rzucił w moim kierunku gromkie „to spierdalaj moherze!!!”. Cóż było robić? Kwiat polskiej młodzieży odmaszerował, a ja posłusznie spierdalałem dalej. Przypominam sobie, że kiedyś miałem już podobną sytuację. Kiedy mieszkałem w Kostrzynie nad Odrą niemal identycznie zachował się pewien wolontariusz Owsiaka przyodziany w mundur harcerski. Było to dość dawno temu, ale jak widać dobroczynność tworzy tradycję, a tradycja najwyraźniej przez Owsiakową trzódkę jest podtrzymywana.

Podobno na znajdującym się nieco dalej cmentarnym parkingu bito rekord Guinnessa w ilości ludzi mieszczących się w autobusie MZK. Zadanie to wzbudziło liczne kontrowersje, bo jako realizowane przy nekropolii mogłoby zakłócać spokój pochowanych tam ludzi i trupom byłoby nieprzyjemnie. Umarli jednak nie protestowali. A ja dopatruję się elementów pragmatyzmu. Nie tak dawno MZK wprowadziło w Zielonej Górze nowy, bardzo kosztowny i nikomu nie potrzebny system kasowania biletów. Oczywistym stało się, że trzeba będzie szukać oszczędności. MZK na początku stycznia obwieściło triumfalnie, że w tym roku podwyżek cen biletów nie będzie. Oszczędności ma przynieść redukcja ilości linii autobusowych i zwolnienie 15 pracowników. Domyślam się, że owi pracownicy to będą kierowcy, a nie urzędnicy.

Próba bicia rekordu Guinnessa była więc tylko generalną próbą dostosowania mieszkańców Winnego Grodu do nowych warunków komunikacyjnych.

                                                             Maciej Chocianowski  

P.S. Tytuł felietonu nie ma nic wspólnego z treścią. Zamieściłem go tylko po to, żeby przyciągał uwagę. Wszystkich rozczarowanych serdecznie przepraszam.

Discussion

One Response to “Maciej Chocianowski: Afera seksualna w gorzowskim magistracie”

  1. Rzeczywiście dałem się złapać na tytuł ale czytając artykuł wcale nie żałowałem, że dałem się tak podejść. Może to jest pozytywne wykorzystywanie tzw. PR.

    Posted by Złapany w pułapkę | 23 stycznia 2013, 10:53

Post a Comment