//
czytasz właśnie...

Gorzów Wielkopolski

Grzesiek Witkowski: Ku świetlanej przyszłości

  •  Ku „świetlanej przyszłości krewnych i znajomych królika”, czyli konsultacje społeczne made in Gorzów.

Pirata wszędzie zaniesie. Tym razem, zaskoczony nagłą informacją o możliwości skonsultowania, na co Nasz Szanowny Pan Prezydent zechce wydać ponad 30 mln euro z ZIT, zaniosło mnie do sali 201 Urzędu Miasta.

K’woli wyjaśnienia, pieniążki te, darowane nam tytułem tzw. ZIT (Zintegrowane Inwestycje Terytorialne), mają zostać wydane na podstawie strategii MOF GW (Miejskiego Obszaru Funkcjonalnego Gorzowa Wlkp.) na zadania infrastrukturalne, które przyczynią się do polepszenia życia mieszkańców. Opracowanie takiej strategii okazało się chyba niewykonalne w ramach zasobów własnych miasta, więc została ona zlecona firmie z Wrocławia. A co. Dowiadujemy się z niej, w jakim cudownym miejscu na ziemi przyszło nam żyć, jak nam wszystko rośnie i się rozwija. Wprawdzie zająknięto się w kilku tabelkach, że coś tam jest zdewastowane, zdemolowane i generalnie nie działa, najzdolniejsi emigrowali, nie mając żadnej wizji rozwoju, etc., ale to drobiazgi.

Wspaniała władza wspaniale zarządza wspaniałym miastem, gdzie idąc po ulicy, potkamy się nie o dziury w chodniku, ale głównie o rozentuzjazmowanych społeczników – aktywistów. Wychodząc z domu wciągani jesteśmy natychmiast w wir życia kulturalno-towarzyskiego, a przedsiębiorczość tryska zewsząd niczym woda z fontanny Pauckscha. I tak właściwie, co tu zmieniać czy rozwijać, ale jak dają, to trza brać. Po tym wstępie następuje seria sugestii, jakie to cele powinny być finansowane, ogólnikowo, bez żadnych szczegółów. Głównymi realizatorami (wydającymi) mają być oczywiście władze samorządowe, natomiast społeczność ma się przyglądać i radować. Produkt ten ma 117 stron, po przeczytaniu których zacząłem zastanawiać się, czy sympatyczni wrocławianie nie pomylili przypadkiem miast, ale nie. Tu chodzi o nas.

Pech chciał, że ustawa nakłada w takich przypadkach na władze obowiązek przeprowadzenia konsultacji społecznych, co oznacza, że konkretne inwestycje powinny być wynikiem międzysektorowej i społecznej debaty publicznej. Biorąc pod uwagę wspaniałość i nieomylność Naszego Szanownego Pana Prezydenta, trudno się dziwić, że dla niego i jego świty konsultowanie się z lokalną społecznością jest co najmniej przykrą koniecznością. Bo co my możemy wiedzieć o tym, co dla nas dobre? Postanowiono uchronić nas przed zbytnim i niepotrzebnym angażowaniem się w sprawy publiczne. Konsultacje, tak ważne dla wszystkich mieszkańców, rozpoczęły się nagle, 6 marca (wtedy też pojawiła się owa strategia i informacja w mediach) i potrwają 2 tygodnie! 11 dni roboczych na zapoznanie się z dokumentacją, analizę, przygotowanie uwag, pomysłów i debatę! O całej sprawie dowiedziałem się 11 marca, w dniu, kiedy zaplanowana została wspomniana na początku konsultacja w UM. To chyba jakaś pomyłka, pomyślałem, i choć spóźniony, natychmiast, pognałem do sali 201 zapytać DLACZEGO?

Chyba nie ja jeden dowiedziałem się o sprawie zbyt późno, bo na sali było, wraz z prezydentem Sejwą, prezydent Piekarzową, dyrektorem Karwatowiczem i siedzącą obok niego milczącą i ponętną rudą blondyną, 16 osób. Właśnie kończono prezentację i zaproponowano podjęcie dyskusji. Padło kilka wytartych, kurtuazyjnych pytań, na które każdy znał odpowiedź, a to o uniwersytet, a to o Kostrzyńską, a to o brak konkretnych rozwiązań w kwestii rozwoju przemysłu. Jedynie Pan Barański zadał konkretne pytanie o system ścieżek rowerowych, łączących zainteresowane gminy i czy przebadano potrzebę i celowość planowanych inwestycji w mieście. Odpowiedź była wymijająca, aczkolwiek uprzejma. Przyszła kolej na mnie. Zadałem trzy, wydaje mi się podstawowe pytania:

1. Kto ze strony społeczności lokalnych i III sektora był partnerem w opracowaniach WUF i Strategii Miasta?
2. Dlaczego informacja o debacie została opublikowana tak późno i na tak małą skalę, nie dając szans na przygotowanie się stronie społecznej, a przecież to bardzo ważna sprawa dotycząca całej społeczności?
3. Po co w ogóle ta cała szopka, skoro Prezydent i tak podejmuje decyzje niezależnie od wyniku konsultacji społecznych?

Na pierwsze pytanie nie uzyskałem żadnej odpowiedzi. Co do drugiego, pan dyrektor Karwatowicz przybrał minę straszną i powiedział, że on tu jest po godzinach i powinienem się cieszyć, że w ogóle chcą z kimkolwiek rozmawiać. Odparłem, że mu współczuję i zapytałem, czy chce we mnie wytworzyć z tego powodu poczucie winy? W tym momencie do rozmowy wtrąciła się pani Piekarz twierdząc, że „i tak mieliśmy dużo czasu, bo Urząd Marszałkowski wysyła im nieraz dokumenty w piątek po południu i oni muszą być na poniedziałek gotowi”. Odparłem, że w końcu to ich praca i dostają za to pieniądze, a my nie i skierowałem uwagę pani prezydent na moje trzecie pytanie. „Pan Prezydent jest po to, by podejmować decyzje niezależnie czy mieszkańcom to się podoba, czy nie” – rzuciła ze złością.

Zabrakło mi słów. Wstałem i opuściłem salę 201. Zrozumiałem, że w tej dyskusji jestem niczym piąte koło u wozu, którym Nasz Szanowny Pan Prezydent pędzi ku „świetlanej przyszłości” uprzywilejowanej grupy „krewnych i znajomych królika” . Niestety, nie mojej i nie większości mieszkańców Naszego Pięknego Miasta. To smutne.

Grzesiek Witkowski

Discussion

No comments yet.

Post a Comment